Przejdź do głównej zawartości

Austria - Maria Alm, Dienten i WeissSee


No i wracajmy w góry. Cały czas kręcimy się po Wysokich Taurach, ale wypada tez odwiedzić okolice Maria Alm
Tam z resztą mieliśmy być w pierwszej wersji zakwaterowani. Całe szczęście, ze tego nie zrobiliśmy. Coraz bardziej doceniam centralne położenie naszego pensjonatu. Łatwo i bez szwanku dla samochodu można się wydostać i przemieścić między różnymi ciekawymi punktami.
W Maria Alm zatrzymujemy się po to , by dojść do ładnie położonego kamiennego kościółka z najwyższą w Austrii wieżą. Jest potworny upał więc z przyjemnością zanurzam się w ciemnym wnętrzu tego przybytku. Jest niedzielne popołudnie, cisza i spokój. Robimy zdjęcia, ale naszym celem jest Dienten.


Znów karkołomny wjazd i zjazd. Tam nie ma w zasadzie innych J Dojeżdżamy do cudownie położonej w regionie Hochkonig miejscowości. Gdyby nie ten potworny upał! Na wielopoziomowym parkingu przy informacji turystycznej parkujemy auto i spacerkiem, robiąc wiele zdjęć idziemy do kolejki krzesełkowej na górę. Wchodzenie w tym upale nie ma najmniejszego sensu, zwłaszcza gdy widzimy jak stromo zaczyna się podejście. Za darmola, tzn na kartę wjeżdżamy na górę a tam widok na Alpy Berchtesgadeńskie, raj dla oka. Oprócz widoków górskich, mała kapliczka nad stawem i





schronisko-restauracja umiejętnie łączące stary drewniany dom nowoczesnym wnętrzem i wyposażeniem. Wraz ze wzrostem temperatury topnieją nasze plany schodzenia w dół. Po krótkim spacerze w okół szczytu obniżamy się w kierunku łąki i małej chałupki – schroniska z obsługą w strojach regionalnych. Jak można się spodziewać przemiła starsza pani nie mówi słowa po angielsku, ale świetnie się dogadujemy o lody i mrożoną kawę. Takiego pysznego i ogromnego frappe już dawno nie piłam !

Zjeżdżamy w dół kolejką pocąc się na nasłonecznionym stoku jak myszy. Czapki i kremy z 50 faktorem bardzo nam pomagają.

Skoro mamy tak dużo czasu jedziemy do kolejnej doliny, w okolice Leogang. Znów korzystamy z kolejki, tym razem kabinowej. Która w dwóch etapach, ale bez przesiadki, wynosi nas na szczyt, który jest sportowym eldorado! Większość wagoników przystosowanych jest do wożenia rowerów. Całe rodziny spotykają się na górze lub w połowie stoku by w szalonej (wg mnie oczywiście) jeździe gnać po wspaniale przygotowanych trasach w dół. Imponujące! Możemy to tylko obserwować i podziwiać. Jest tak niemiłosiernie gorąco, ze marzymy tylko o jeziorze i żeby wróciły te sympatyczne chmury z poprzednich dni J
Dzień kończymy na kąpielisku otwartym w Zell am See.



I kolejnego dnia, zgodnie z oczekiwaniem ,pogoda jest mniej upalna i wracamy w Wysokie Taury. Tym razem jedziemy zobaczyć krainę lodu i śniegu Weissee (białe morze ?). Podjazd przyprawia mnie o mdłości. Na parking dojeżdżą się około 15 km w głąb doliny, przy czym ostatnie 4 km to wspinaczka z 950 m npm na ok. 1400 m npm. A na końcu spotykamy … autobus pocztowy. Zacznę się przyzwyczajać ;)
Nasze karty służą za bilety – wjeżdżamy dwustopniową kolejką do schroniska nad przepięknym mleczno turkusowym stawem. Już nas nie dziwią krowy na tej wysokości ;)

Po chwili ze słońcem nachodzą niskie chmury. Robi się chłodno. Nie zrażamy się, mamy ze sobą czapki i chusty na szyję. Wjeżdżamy dalej koleką krzesełkową. Wbrew temu co widać z domu kolejka jedzie znacznie wyżej i dalej, i … dłużej. Nad sniegiem i lodem jest dośc... zimno. Całe szczęście , gdy jestesmy na górze wychodzi słońce. Jest naprawdę pięknie ! Idziemy w kierunku szczytu Medelzkopf. Mijamy lodowe jeziorka i widoki na lodospady po drugiej stronie doliny. Wkrótce wracaja chmury, niższe i zdecydowanie deszczoew. Wracamy szybko do 'krzesełka'. Gdy zjeżdżamy zaczyna porządnie padać. Całe szczęście , że mam w plecaku poncza z elastycznej folii. Owijamy się nimi .
Na dole nie pada. Idziemy więc na tamę, zamykajacą ujście jeziora. Ze zdziwieniem stwierdzam, że woda nie leci stamtąd w dół. Pogoda się poprawia, widać wszystkie otaczające szczyty. Cudo!
Wbudynku kolejki i schroniska kolejne nowoczesne muzeum. Nie ma osób pilnujących ani niedotykalnych eksponatów. Mnustwo o wysokosci, cisnieniu, florze i faunie. Ja spędzam najwięcej czasu przy planszy, gdzie wybierając elktrownie wodne na terenie Austrii można zobaczyć sposób ich działania. Już wiem, dlaczego woda nie spada w dół z jeziora obok.
A potem idę do ogromnego monitora wbudowanego w stół i mogę oglądać równe miejsca na świecie. Dotykając punkty na mapie wyskakują informacje, zdjęcia. Można je przesuwać, przerzucać dodawać. Taki dmaksi tablet.
Wiadomo gdzie kończymy dzień? W basenie!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Symi - wyspa poławiaczy gąbek

        O Symi przeczytaliśmy w przewodniku i nie trzeba nas było zachęcać. Z portu Mandraki o 8 rano wypływa duży prom na Symi. Podróż trwała ok. 2 godzin. Na promie nie czuliśmy kołysania za to bardzo mocno wiało. Po wypłynięciu z portu w Rodos przez dłuższy czas mogliśmy podziwiać górzyste wybrzeże Turcji. Wkrótce nasza uwaga skierowała się na wyspę Symii. Kilka razy wydawało nam się , że w końcu nieprzyjazne wybrzeże zmieni się w sympatyczną gościnną zatokę. Nic z tego. Port, do którego wpływamy mieści się na północy wyspy. Za to widok jest tak niesamowity, że turyści zbierają się do wyjścia na długo przed przycumowaniem do nabrzeża. Symi to wyspa poławiaczy gąbek.  Nie ma dostępu do słodkiej wody. Dostarczana jest ona

Andaluzja między Sewillą a Kadyksem

Jesień w Andaluzji Po trzech latach wracamy do Hiszpanii, do Andaluzji. Znów lądujemy w Maladze, pakujemy się do wynajętego samochodu i ruszamy do Sewilli. To pierwszy punkt naszego dziesięciodniowego pobytu. Przejazd zajmuje nam około trzech godzin i najlepiej zapamiętałam bociany, które ogromnymi stadami krążyły nad podmiejskimi śmietniskami. W połowie września dolatują właśnie tutaj w drodze z Niemiec na kontynent afrykański. Nasze polskie bociany spotkaliśmy zgoła gdzie indziej, tym razem w drodze powrotnej przez Izrael do Europy. Sewilla przywitała nas wyjątkowo ciepło – mimo, że zbliżała się godzina dziewiętnasta na ulicznym termometrze wciąż widniała liczba 39. Zameldowaliśmy się w studenckim akademiku w pobliżu Palcu Hiszpańskiego. Spędziliśmy na nim długie godziny. O każdej porze dnia i nocy warto tam przyjść! Najbardziej kolorowo jest po południu – w ukośnie padających promieniach słońca fasada mieni się wszystkimi kolorami tęczy. Upał łagodzi rozpryskująca s...

Miasto Rodos - tutaj stał Kolos Rodyjski

         Gdy będziecie na wyspie Rodos bezwzględnie powinniście ( wiem, na wakacjach nic nie trzeba!) odwiedzić jej stolicę – średniowieczne miasto Rodos. My Rodos wybraliśmy jako jeden z wielu punktów w naszej samodzielnej, samochodowej wycieczce. Mały spacer po starym mieście i porcie zajął nam 4 godziny. W tym godzinna biesiada z owocami morza w roli głównej na placu Hipokratesa. W mieście Rodos widać ślady burzliwej historii wysp Dodekanezu. Były one własnością Greków, Turków, Włochów, pod rządami Cesarstwa Rzymskiego i biznacjum. Wróciły do Grecji na mocy ustaleń paryskich w 1947 r. Trzeba wspomnieć, że rekonstrukcji zabytków średniowiecznych i starożytnych dokonali Włosi za czasów panowania Mussoliniego.