Przejdź do głównej zawartości

Austria Salzburgerland dla początkujących

Dojazd do Austrii własnym samochodem zajął nam przeszło 10 godzin. Jechaliśmy przez Niemcy, autostradami , w niedzielę, więc nie było problemu, raczej pustawo.

Tłum , tłok i korki dopadły nas w okolicach Monachium i opuściliśmy je dopiero w Bad Reichenchal, skręcając na lokalną drogę prowadząca do Zell am See.
Na pierwszej stacji kupiliśmy winiety, na dwa tygodnie to koszt 20 EURO.
Na bazę wybraliśmy sobie to miasteczko, ze względu na atrakcję i dostępność. Nocleg z wyżywieniem, śniadania i tzw. obiadokolacje, wykupiliśmy przez Neckermana ze względów poza merytorycznych J Raczej po raz ostatni. Okazało się bowiem, że miejscowość ma z Zell am See wspólne tylko .. see , a do Zell jakieś 6 km, wokół jeziora. W pensjonacie, który rzeczywiście leżał nad samiutkim jeziorem, a jadalnia i taras wręcz w jeziorze, nie znajduje nic godnego polecenia.






Pierwsze kroki następnego dnia kierujemy do informacji turystycznej i kupujemy kartę Salzburgerland. To najważniejsza rzecz, którą trzeba nabyć J
Dzięki niej oszczędzamy sporo Euro na wstępach, wjazdach i wejściach do atrakcji turystycznych tego regionu. Razem z kartą dostaje się wykaz tych atrakcji, oczywiście.
W zależności jak i gdzie macie zamiar spędzić urlop warto zaopatrzyć się odpowiednią kartę. Swoją ma bowiem region Kaprun/Zell am See, Wysokie Taury, Salzburg itd.
Informacje można znaleźć na stronie :
, a w ogóle dużo informacji o regionach Austrii jest tutaj
wakacje-austria
 Karta Salzburgerland w 2014 kosztowała 69 EURO dla dorosłej osoby, 34 Euro dziecko, obie na 14 dni.
Z kartą zaczynamy pierwsze zwiedzanie . Pogoda jest specyficzna – temperatura powyżej 20 stopni, ale chmury wiszą gdzieś w połowie otaczających nasz stoków.
Postanawiamy odwiedzić najbliższą atrakcję w okolicy – wodospady Sigmund Thun Klamm. w Kaprun. Samochód zostawiamy przy kasach na darmowym parkingu.
Wejście za darmo na kartę, cena normalna ok. 4 EURO. Od razu wchodzimy na drewniane podesty, po których idzie się przez cały wąwóz. To krótki spacer. Woda kotłuje się pod naszymi nogami, miejscami ścieka po ścianach lub spada drobną mgiełką, tworzącą filmowy klimat. Na koniec wychodzimy pod wysoką tamą , a powrotem prowadzi wygodna droga na parking.
W Kaprun na kartę nic już nas nie czeka. Ta dolina stawia na swoją lokalną kartę, można nabyć obie, dla chętnych. Wyjeżdżamy na główną drogę kierunku Mitirsill i w miejscowości Neukirche wjeżdżamy kolejką (za darmo na kartę) na górę Wildkogel. Nie jest to może bardzo wysoko, ale tutaj pierwszy raz widzimy wysokogórskie krowy Milki. Jak przekonamy się, są wszędzie, są przeważnie rude i chyba najlepiej czują się w rejonach, gdzie u nas królują już kozice  :)
Poza krowami naszym oczom objawiają się momentami Wysokie Taury, ze swoimi ośnieżonymi, trzytysięcznymi szczytami. Po północnej stronie zaś zielono i porozrzucane poniżej szczytów schroniska. Jest już po 16 , o 16.30 ostatni zjazd w dół, więc po krótkim spacerze wsiadamy do wagonika i zjeżdżamy na dół. Pierwszy rekonesans za nami.
 



Kolejny dzień, pogoda jak poprzednio. Po śniadaniu jedziemy do Mitresill, do Muzeum Wysokich Taurów. Muzeum to nie ma nic wspólnego z tym, z czym Wam się kojarzy to słowo. Wchodzimy do ciemnej hali. Pod nogami widzę ogromne gniazdo świstaków, które można zwiedzić wczołgując się w wąskie rury. Na górze odwiedzam interaktywne ekrany, na których po wybraniu doliny mogę nad nią przelecieć helikopterem i sprawdzić, co mnie w niej czeka. Dalej sala kinowa, gdzie wyświetlany jest film jak powstały Wysokie Taury. Mimo, że po niemiecku nie mamy żadnych problemów ze zrozumieniem trójwymiarowego obrazu. Potem sala ze sporym kawałem lodowca, którego można dotknąć, a także zobaczyć jak ewoluował najpopularniejszy tu lodowiec Pasterze.

 Jest też sala przypominająca łąkę, ale z perspektywy konika polnego chyba :) Leżak, na którym wsłuchujesz się w odgłos alpejskiej łąki – bezcenny. A na koniec siadamy w rotundzie na podłodze i zagłębiamy się w otaczający nas, przesuwający się przed oczami górski las.
Od wizyty w tym muzeum moja córka chciała odwiedzać każde napotkane :)



Komentarze

Izabella Nowotka pisze…
Świetnie napisane. Pozdrawiam serdecznie.

Popularne posty z tego bloga

Symi - wyspa poławiaczy gąbek

        O Symi przeczytaliśmy w przewodniku i nie trzeba nas było zachęcać. Z portu Mandraki o 8 rano wypływa duży prom na Symi. Podróż trwała ok. 2 godzin. Na promie nie czuliśmy kołysania za to bardzo mocno wiało. Po wypłynięciu z portu w Rodos przez dłuższy czas mogliśmy podziwiać górzyste wybrzeże Turcji. Wkrótce nasza uwaga skierowała się na wyspę Symii. Kilka razy wydawało nam się , że w końcu nieprzyjazne wybrzeże zmieni się w sympatyczną gościnną zatokę. Nic z tego. Port, do którego wpływamy mieści się na północy wyspy. Za to widok jest tak niesamowity, że turyści zbierają się do wyjścia na długo przed przycumowaniem do nabrzeża. Symi to wyspa poławiaczy gąbek.  Nie ma dostępu do słodkiej wody. Dostarczana jest ona

Andaluzja między Sewillą a Kadyksem

Jesień w Andaluzji Po trzech latach wracamy do Hiszpanii, do Andaluzji. Znów lądujemy w Maladze, pakujemy się do wynajętego samochodu i ruszamy do Sewilli. To pierwszy punkt naszego dziesięciodniowego pobytu. Przejazd zajmuje nam około trzech godzin i najlepiej zapamiętałam bociany, które ogromnymi stadami krążyły nad podmiejskimi śmietniskami. W połowie września dolatują właśnie tutaj w drodze z Niemiec na kontynent afrykański. Nasze polskie bociany spotkaliśmy zgoła gdzie indziej, tym razem w drodze powrotnej przez Izrael do Europy. Sewilla przywitała nas wyjątkowo ciepło – mimo, że zbliżała się godzina dziewiętnasta na ulicznym termometrze wciąż widniała liczba 39. Zameldowaliśmy się w studenckim akademiku w pobliżu Palcu Hiszpańskiego. Spędziliśmy na nim długie godziny. O każdej porze dnia i nocy warto tam przyjść! Najbardziej kolorowo jest po południu – w ukośnie padających promieniach słońca fasada mieni się wszystkimi kolorami tęczy. Upał łagodzi rozpryskująca s...

Miasto Rodos - tutaj stał Kolos Rodyjski

         Gdy będziecie na wyspie Rodos bezwzględnie powinniście ( wiem, na wakacjach nic nie trzeba!) odwiedzić jej stolicę – średniowieczne miasto Rodos. My Rodos wybraliśmy jako jeden z wielu punktów w naszej samodzielnej, samochodowej wycieczce. Mały spacer po starym mieście i porcie zajął nam 4 godziny. W tym godzinna biesiada z owocami morza w roli głównej na placu Hipokratesa. W mieście Rodos widać ślady burzliwej historii wysp Dodekanezu. Były one własnością Greków, Turków, Włochów, pod rządami Cesarstwa Rzymskiego i biznacjum. Wróciły do Grecji na mocy ustaleń paryskich w 1947 r. Trzeba wspomnieć, że rekonstrukcji zabytków średniowiecznych i starożytnych dokonali Włosi za czasów panowania Mussoliniego.